"Marketingowiec" z misją
Autorka: Nina Liedtke
Artykuł poniższy pochodzi z dyskusji w gupie pl.news.mordplik z dni
16-17.III.2003
Ich misją jest wysyłanie spamu. To, co się dzieje dalej, jest
nieistotne. I niepojęte.
Wiem, bo patrzyłam własnymi oczyma na poczynania jednego takiego...
i do dziś jestem w szoku ;-| A było to tak: wydawnictwo uczelniane.
Wyszła nowa książka. Autorka przyniosła kilkadziesiąt adresów (z czego
sporo loginnames niby firmowych, ale w darmowych serwisach i dam głowę,
że przynajmniej część była odbierana przez ludzi na modemach) z
zaleceniem, aby wysłać na nie informacje o tej książce. Marketingowiec
(któremu już wcześniej kładłam do głowy, co i jak, pokazywałam strony o
spamie, zakazywałam wysyłać "całą ofertę" czyli spis wszystkich
książek w doc-u, itp... a on kiwał głową i gorliwie przyświadczał, że
wszystko rozumie) wysłał. Minęło kilka dni. Następnie marketingowiec ze
zbolałą miną woła mnie, żebym mu pomogła, bo mu się "poczta zepsuła".
"Aha -- zablokowali mu konto za spam" --
myślę ja sobie. Ale nie. Okazało się, że Outlook odmawia ściągania poczty z
powodu przekroczenia quoty. OK, powiedziałam marketingowcowi
krok-po-kroku, jak się ma zalogować na konto unixowe, odpaliliśmy
mutta... i tu wyszło na jaw, że z tego spamu przyszedł jeden zwrot
(undelivered mail). I ten jeden jedyny zwrot zapchał marketingowcowi
skrzynkę, albowiem, jak się okazało, zdolny ów czlowiek wpuścił jednym
uchem a wypuścił drugim wszystko, co mu klarowałam o plain tekście,
html-u i załącznikach i wysłał informację w docu. Z osadzonym logo
firmy. Logo w tiffie. Całość ważyła ok. 2MB.
Ale to jeszcze nic. Najciekawsze było to, że on za nic nie mógł
zrozumieć, co się stało. No jak to, przecież tylko kilka zdań wysłał,
a nie "całą ofertę". Logo, no tak, logo, ale przecież trzeba logo,
"żeby ładnie wyglądało". Tiff? Jpg? Wielkie oczy, pełne bezbrzeżnego
zdumienia -- więc odpuściłam wykład na temat formatu plików graficznych.
2MB? Dalej kompletnie puste spojrzenie. Nic mu to nie mówiło. Dwa
megabajty czy 20 -- co to za różnica. Zwłaszcza na szybkim, stałym łaczu w
firmie. "Dyskietka mieści 1,44 MB" -- tłumaczę mu. Nic.
"Twoja quota, to znaczy limit na pocztę ma 1 MB, a każdy z twoich
listów miał dwa razy więcej, no więc jak ten jeden wrócił, to ci skrzynkę
zapchał". "Aha" -- on na to. Coś jakby cień zrozumienia
błysnęło w tych oczach, ale zaraz zniknęło. Przez moment był bliski oświecenia,
ale obawiam się, że jednak to go przerosło i zaraz zapomniał, co mu tłumaczyłam.
Bo to takie skomplikowane. "A gdyby ktoś chciał sobie wydrukować tę ofertę,
to przecież musi być logo".
No i poddałam się. Niech śle co chce, jak i komu chce. Wytłumaczenie
mu czegokolwiek było po prostu niemożliwe (zwłaszcza, że robiłam to na czysto
koleżeńskich zasadach). A jest to student "renomowanej uczelni" i
nawet chodził na jakieś zajęcia z informatyki.
|